czwartek, 25 kwietnia 2019

Rozdział II

Noc z trzydziestego piątego na trzydziesty szósty dzień pory deszczowej nie należała do najspokojniejszych.
Młody lew wyratowany przez dwójkę przyjaciół budził się kilka razy krzycząc pojedyncze słowa. Najczęściej padały jednak rangi królewskie i poszczególne rodzaje terenów geograficznych krain typowo północnych, co wzbudzało nie lada niepokój w dwójce opiekujących się półprzytomnym lwiakiem. Dochodzili do wniosku, że może być on kimś z wysoką rangą w jednym ze Zjednoczonych Królestw Północy, a jeżeli było on następcą tronu, być może niezwykle rozkapryszonym dzieciakiem nieuniknione, że powinni jak najszybciej się go pozbyć. Takie przynajmniej było zdanie Choia.
Kisasi uważał jednak, że chociażby mieli przetrzymywać go siłą, a lwiak okazałby się kimś wysoko ustawionym w jakimkolwiek królestwie, tym bardziej powinien zostać u nich dopóki nie wyzdrowieje. Nie mieli złych zamiarów, tym bardziej jeżeli młodzik przebudziłby się i pozostał u nich jeszcze na jakiś czas, mógłby zafundować im pewne przywileje w królestwie z którego pochodzi. Nieco okrutne, za to jakie zyskowne.
Wszystko stało się jeszcze bardziej skomplikowane, kiedy szary nastolatek otworzył swe oczęta, nieco przed świtem następnego dnia.
Zaczerpnął powietrza tak desperacko i głośno, że zbudził tym drzemającego na warcie Choia. Kiedy lew wszedł do jaskini, nastoletni utopek leżał na grzbiecie, trzęsąc się, a z jego oczu toczyły się łzy.
Lew przerażony na dobre, rzucił się do śpiącego niedaleko jasnego kłębka, uderzając go gwałtownie łapą. Kisasi, warknął jedynie, doszło do niego co właśnie się stało, kiedy Choi machnął głową w kierunku szarego, który dalej nie odwrócił wzroku od sklepienia groty. Kisasi natychmiast poderwał się do góry, spoglądając nerwowo to na przyjaciela, to na przebudzonego nastolatka.
Starszy lew podszedł kilka kroków do przodu, zachowując jednak bezpieczny odstęp. Jasny nastolatek poczłapał kilka kroków za nim, jednak kiedy szare oczy, wbiły w nich swoje (jeszcze bardziej) przerażone spojrzenie, obaj zatrzymali się, wpatrując w oblicze nastolatka, którego lekko rozwarty pysk i szybki, urywany oddech, wskazywały na to, że jest on w ostrym szoku.
Choi zaczął żałować, że jest najstarszy z całego otoczenia, co wskazywało na to, że powinien przejąć pałeczkę i uspokoić przebudzonego lwa. Odetchnął głęboko i zrobił jedne krok do przodu.
-Wszystko w porządku. Jesteś bezpieczny, nie zrobimy ci krzywdy.-Uszy szarego lwiaka natychmiast zastrzygły, odwracając się w stronę głosu, a sam lwi podrostek przekręcił gwałtownie głowę, świdrującym spojrzeniem badając dwie obce sylwetki. Z jego wielkich oczu, powoli wydobywały się srebrzyste łzy, znacząc ślady na jego policzkach.-Jak się czujesz? Leżysz u nas kilka dni, ostatnio bardzo gorączkowa..
-Nie wiem-cichy szept wydobył się z jego pyska, a oczy lwa napełniły się jeszcze większym lękiem. Brwi Choia drgnęły nieznacznie do góry.
-Czego nie wiesz?
-Nie wiem.-Lew pokręcił przecząco głową, a jego lekko rozwarty pysk zaczął drgać.-Nie wiem niczego. Nie wiem.-lewek jak w obłędzie zaczął się powtarzać, a jego ciałem wstrząsnęły tysiące dreszczów. Kisasi posłał starszemu lwu znaczące spojrzenie, po czym obaj zgodnie kiwnęli głowami, podchodząc bliżej przybysza. Ten natychmiastowo odepchnął się łapami od ziemi, odsuwając od zbliżających się postaci, ostrzegawczo jeżąc sierść na karku
-Hej, spokojnie! Jesteś osłabiony, znaleźliśmy cię w rzece, jesteś u nas ponad trzy dni, gdybyśmy chcieli zrobić ci krzywdę, zrobilibyśmy to już dawno, lub w ogóle nie targali cię tu ze sobą. Z resztą czy my wyglądamy ci na jakiś kryminalistów? Nastoletni-badass i wyrośnięty włóczykij?-Zażartował Kisasi w celu rozluźnienia atmosfery, jednak przebudzonego lwiaka zbyt nurtowała wieść o tym, że został znaleziony w rzece kilka dni temu, żeby przywiązać jakąkolwiek wagę do reszty wypowiedzi jasnego lwiaka. Siedział oparty grzbietem o kamienną ścianę, ze wzrokiem tępo wbitym w posadzkę. Czuł się... Po prostu bezsilny. Mogli tak naprawdę powiedzieć mu wszystko, jakieś bzdury, byleby go później wykorzystać.
A on sam czuł się źle z tym, że może tak myśleć o zupełnie niewinnych lwach, które mogły uratować mu życie.
Spojrzał na pyski obu samców. Biło od nich można by powiedzieć, pewnego rodzaju współczucie, dlatego lewek choć nieco naiwnie, zdecydował się im uwierzyć.
-Nie mam pojęcia dlaczego to robię, ale wierzę, że nie macie złych zamiarów.-dodał po chwili, wbijając wzrok w ziemię. Pysk Kisasiego rozpromienił się w uśmiechu.
-I to rozumiem! Nazywam się Kisasi, a to jest Choi, mój przyjaciel. Jesteś pewnie głodny, co?
Reszta dnia była dla nowego lwa prawdziwą katorgą.
Brak jakiejkolwiek podstawowej wiedzy o swojej osobie był bardzo przytłaczający. Na tyle, że nawet nie potrafił stwierdzić, czy jest to faktycznie skutkiem jakiegoś nieszczęścia, czy stanowi to rzecz absolutnie normalną. Może budzi się codziennie, tylko po prostu o tym zapomina? Może to całkowicie normalne?
Coś jednak podpowiadało mu, że nie.
Może fakt, że te dwa nowo poznane lwy pamiętały ze swojego życia naprawdę wiele, znały się na podstawach medycyny i potrafiły polować. A on? On nawet nie wiedział czy potrafi. Nie pamiętał.
Nie pamiętał imienia, nie pamiętał dlaczego w ogóle stracił przytomność, nie pamiętał nic. Włączając w to swój wygląd. Doskonale zapadł mu przed oczami lekko zakłopotane i rozbawione spojrzenie tego jasnego nastolatka, gdy spytał się go jaki ma kolor oczu. Odetchnął z ulgą, gdy ten potwierdził jego słowa, że posiada szare.
Po spożytym posiłku, dostał zalecenie od tego starszego, Choia, aby odpoczywać dużo i spać. Albo starać się myśleć o czymkolwiek. Może to przywróciłoby jakiekolwiek wspomnienie.
A najlepiej, żeby wszystko o czym tylko pomyśli im mówił.
I faktycznie, gdy tak leżał, wpatrując się w tańczące języki ognia, wprawił oba samce w ogromne osłupienie, gdy wymienił szczegółowe właściwości poszczególnych gatunków drzew nadających się do rozpalenia ogniska. Nie miał też najmniejszego problemu ze wskazaniem godziny przy pomocy słońca, jednak jeśli chodzi o jakiekolwiek fakty, młodziak nie był w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa. Było to o tyle kłopotliwe, że nawet nie wiedział w jaki sposób mógłby zabrać się za przywracanie wspomnień. Leżał więc wpatrując się w wirujące płomyki, nerwowo liżące suche gałązki, usiłując skupić na nich całą uwagę.
Momentami pomagało, w jego umyśle tliła się jakaś pojedyncza myśl, szeptem pobudzając nastolatka do podążania za nią, jednak gdy tylko starał się jej jakoś mocniej przyjrzeć, ta niczym spłoszona młoda łania uciekała bezpowrotnie.
Gdy właśnie po cichu zakradał się do swojej zdobyczy, która nieświadomie pasła się, a jej delikatny, niewyraźny szum wyjątkowo drażnił młodego nastolatka, coś, lecz tym razem nie on sam spowodował, że zniknęła równie szybko i niespodziewanie jak się pojawiła.
Coś jak jasny grom strzeliło w umysł lwa, wypełniając całą wolną przestrzeń i niemalże krzycząc w młodym lewku.
Myśl była nieznośnie głośna, wręcz darła się, brzydko mówiąc, a młody lwiak nie miał pojęcia jak ją uciszył. W dodatku nie do końca rozumiał co tak dokładnie rozbrzmiało w jego głowie. Był na tyle skupiony, że czuł jak wewnątrz wręcz miota się i szamocze, z bólu zadawanego mu przez hałas w jego głowie, jednak siedział nieruchomo, zaciskając jedynie nerwowo powieki. 
W końcu różne warstwy wyrazu krążącego po głowie nastolatka nałożyły się na siebie, tworząc spójną całość i teraz już bez wysiłku był w stanie zrozumieć słowo, a nawet je powtórzyć. Nyuma, Nyuma, Nyuma...
Nyuma.
Wydobył z siebie nagle, całkiem głośno. Dwa nowo poznane lwy jak jeden mąż odwróciły głowę w jego stronę. Lewek nie odwrócił wzrok z płomieni.
Kremowe samce spojrzały po sobie.
-Mógłbyś powtórzyć?-rzucił Choi, nie będąc do końca pewnym, czy lew najzwyczajniej w świecie nie postradał zmysłów.
-Nyuma. Właśnie sobie przypomniałem. Nazywam się Nyuma-odpowiedział, z każdym słowem coraz bardziej uśmiechając się promieniście.
Hey, hi, hello drodzy kamraci.
Troszkę mnie nie było, ale postanowiłam wziąć się za pisanie. Dokończyłam ten rozdział specjalnie dla was, choć naprawdę mało osób czyta tego bloga, stwierdziłam, że ta historia jest zbyt zagmatwana i skomplikowana, więc zamiast trzymać was w niepewności, czy będę ją pisać czy nie, rozpocznę coś nowego, o mniej skomplikowanej fabule, co będę mogła pisać z przyjemności, zamiast dwoić się i troić co powinnam napisać w kolejnym rozdziale.
Stwierdziłam, że powrót do korzeni zawsze jest dobry, dlatego zapraszam was na Król Lew: Utracone Gwiazdy, czyli nową historię Mheetu, braciszka Nali, który w mojej wersji sporo namiesza w wizerunku Lwiej Ziemi. 
Mam nadzieję, że historia wam przypadnie do gustu. Jest ona wzorowana na pewnej teorii, która wywołała u mnie jedno wielkie wow, dlatego uważam, że taka mała zmiana normalnego wizerunku Lwiej Ziemi przydałaby się w tym fandomie.
Historii Nyumy nie zawieszam, jednak będę pisała bardzo nieregularnie, niewykluczone, że z dużymi przerwami, bo tak jak pisałam wcześniej, prowadzę tego bloga bardziej dla siebie, niż dla czytelników.
Pozdrawiam was serdecznie
~Roselina

wtorek, 5 marca 2019

Rozdział I

Lew przeciągnął się ospale, rozprostowując zdrętwiałe kończyny. Przez jego kręgosłup przeszedł przyjemny dreszcz, na co otrzepał się z lekkim uśmiechem i ziewnął szeroko. Jego wzrok padł na śpiącego nieopodal , pod jedną ze ścian, nastoletniego złotego lwa.
Nie mógł powstrzymać parsknięcia, które mimowolnie wymknęło się z jego pyska gdy ujrzał pogrążonego w głębokim śnie przyjaciela. Kisasi leżał na grzbiecie, jego łapy były porozkładane na kilka stron, a on sam 'strzelił popielniczkę', rozwierając jak szeroko szczęki. Na domiar wszystkiego z jego pyska zwisiał bezwładnie język, a z gardła wydobywało się ciche charczenie.
Kto by pomyślał, że ten aniołek, bo właśnie takie wrażenie wywierał na wielu, potrafi wyglądać gorzej niż zmutowana genetycznie hiena. 
Choi kilkoma zwinnym susami opuścił grotę znajdującą się na usypisku i ruszył przez sawanny Ziemi Mtu w stronę rzeki.
Poranek był wielce urokliwy. Słońce znajdowało się już na niebie w odcieniu chłodnego błękitu, wysokie kołyszące się trawy, poprzecinane czerwonymi makami lub innymi kwiatami polnymi dodawały krainie uroku. Źdźbła soczyście zielonej trawy pokryte były rosą, odbijającą promienie posyłające na krainę piękne barwy. Choi lubił to miejsce. Było niczyje, tym samym jego, a trzeba wiedzieć, że owego lwa cechuje ogromna sentymentalność. Kiedyś dokuczała mu samotność, ale kiedy zaczął dzielić życie z Kisasim, nie miał na co narzekać. Mimo że lew jeszcze nie dawno nie dysponował żadnym skrawkiem własnego terenu, nawet małą grotą, nie mógł powiedzieć, że ma swoje miejsce na ziemi. Miejsce gdzie może odpocząć, otoczyć się gronem rodziny i przyjaciół, powoli żyć w dostatku. A teraz? Teraz dysponował ogromnym kawałkiem ziemi, dzieląc jakże wymowne obowiązki ze swoim przyjacielem. Czegóż chcieć więcej?
Zbliżał się do rzeki Mbaya, szum jej wody już docierał do uszu jasnego lwa, a palące gardło pragnienie dawało się we znaki. Przyspieszył zatem kroku. Po niedługim czasie znalazł się przy korycie rzeki. Młody lew schylił się, a następnie musnął językiem taflę krystalicznie czystej wody i odetchnął z rozkoszą. Była zimna i posiadała niesamowicie świeży smak. Zrobił kilka następnych łyków, gasząc pragnienie. Z uśmiechem oblizał kapiące z jego brody krople i zamruczał cicho.
Następne wydarzenia były nań tak absurdalne i niedorzeczne, że lew długo głowił się nad tym, czy po prostu dalej nie śni. Podnosząc bowiem wzrok, napotkał ciało.
Nieduże, szare, lwie ciało.
Należało do nastoletniego lwa, na oko młodszego od Kisasiego o parę miesięcy. Miało na sobie pełno zadrapań wyglądających na pierwszy rzut oka, dość niegroźnie. Lew miał pasiasty ogon i ciemniejsze tylne łapy. Wyglądał na zdrowego i zadbanego. Całe to, że jest tak na prawdę topielcem i nie żyje, wydawało się dla Choia absurdalne. I właśnie takie było.
Poczuł ulgę kiedy dostrzegł, że ciało jest w dobrym stanie, daleko mu jeszcze do pierwszych stopni rozkładu. Gdyby szczątki rozłożyły się w rzece mogłyby ją zanieczyścić. Skarcił się jednak w duchu za takie myślenie i postanowił upewnić się w przekonaniu, że topielec stanowi... topielca.
Jasny lew, przybliżył pysk w stronę klatki piersiowej nieprzytomnego lwa i przyłożył ucho do jego piersi. Jakież zdziwienie ogarnęło go gdy coś usłyszał.
Bum-bum...

Bum-bum...

Bum-bum...
Miarowe uderzanie dopłynęło do uszu lwa, powodując mętlik w głowie.
Ciemnogrzywy był jeszcze bardziej osłupiały, choć może wydawać się to niemożliwe. Znalazł ciało nad rzeką, a owy lew okazał się być żywym. Choi pokręcił głową powoli. Było to tak dziwne i nie pasujące do jego leniwej rzeczywistości, że musiał szturchnąć kilka razu lwa nosem, żeby upewnić się, czy nie jest to tylko mara.
Do uszu Choia dobiegł cichy szelest trawy. Automatycznie zjeżył sierść na grzbiecie i odwrócił się. Wypuścił głośno powietrze i zacisnął zęby, gdy zobaczył znajomy pysk Kisasiego.
Choi uspokoił oddech i spuścił wzrok kurcząc coś na przywitanie. Kisasi parsknął jak młody źrebak.
-Też się cieszę, że cię widzę- mruknął tylko, z jego charakterystycznym lekko kpiącym uśmieszkiem, obejmując przyjaciela na przywitanie. Kiedy przez bark lwa ujrzał leżące szare ciało natychmiast podskoczył i zjeżył się.-Co to jest!?- zapytał pretensjonalnym tonem. Widząc jednak zmieszanie przyjaciela przeprosił go cichym 'sory'.
-Myślisz, że wiem? Chciałem się napić... Mówiłem, że ostatnio żyje nam się za spokojnie.
Nastoletni lew podszedł tylko bliżej i przyjrzał się uważnie 'znalezisku'. Szturchnął go nosem i zamrugał kilka razy oczekując jakiejkolwiek reakcji. Nic jednak się nie stało. Obszedł szare ciało ostrożnie i chwycił zębami kark lewka, wyciągając go z wody i ciągnąc na brzeg.
Lwy stanęły nad ciałem, w absolutnej ciszy. Oboje badali wzrokiem nieprzytomnego nastolatka, sprawdzając czy nie ma on żadnych groźnie wyglądających ran. Udało im się dostrzec jedynie niegroźne przetarcia na łapach i grzbiecie, lekko pokryte skrzepniętą krwią.
-Żyje on wo...-zaczął Kisasi, gdy obiekt ich porannej rozmowy gwałtownie, szarpnął się do góry, rozwierając szeroko oczy. Zaczął gorączkowo kasłać i rozglądać się, będąc całkowicie skołowaciałym. Jego kaszel był strasznie ciężki, lwiak zaczął pluć krwią i wodą, a z jego oczu wypłynęły pojedyncze łzy.
Kisasi i Choi początkowo stojąc w totalnym osłupieniu wymienili spojrzenia, automatycznie ruszając nowemu na pomoc. Kisasi podtrzymał jego głowę, zaczesując niesforną grzywkę lewka do góry, a Choi zaczął klepać go lekko. Po ciele szarego nastolatka zaczęły tańczyć dreszcze, a sam lwiak niedługo po tym, ponownie padł jak długi na ziemię.
~*~
-I co z nim?- Rzucił Kisasi, niosąc w pysku kilka cienkich gałązek idealnych na podpałkę. Choi wzruszył ramionami. Po chwili jednak westchnął głęboko.
-Ma wysoką gorączkę i ciągłe dreszcze. Strasznie marudzi przez sen. Musi się bać.- Odgarnął z czoła obiektu ciągłej uwagi kilka mokrych od potu kosmyków grzywy i powrócił do układania ogniska. Jasny nastolatek podszedł do przyjaciela podając mu chrust po czym sięgnął do jednej z sakiewek leżących nieopodal wyciągając z niej jakieś zioła na zbicie gorączki i z aprobatą stwierdził, że ich zapasy wystarczą na podzielenie się nimi z chorym równolatkiem Kisasiego.
-Jak się obudzi, podaj mu to. Ja skocze po coś na ząb.- rzucił tylko, ponownie kierując się ku wyjściu z groty. Choi szybkim ruchem nadepnął mu jednak na ogon, sprawiając, że nastolatek zatoczył się.- Co znowu?-spytał poirytowanym tonem.
-Nigdzie nie idziesz. Dość się już dzisiaj namęczyłeś.-wytłumaczył ze stoickim spokojem Choi.- Ostatnio prawie nie śpisz. W dodatku to ty ciągle dla nas polujesz i bierzesz na siebie wszystkie warty.
-Czyżby tatuś się o mnie martwił?-pisnął przesłodzonym głosem. Parsknął śmiechem i objął przyjaciela ramieniem.Choi odwzajemnił uścisk.- Naprawdę muszę mieć powód, żeby wziąć z twoich barków trochę obowiązków? Nic mi nie będzie Choi, naprawdę.
-Mów co chcesz, ja swoje wiesz. Zostajesz z nim, a ja zajmę się resztą- podsumował bez słowa wychodząc. Kisasi westchnął tylko ciężko i odprowadził kumpla wzrokiem. Skierował się w stronę stosu drewna, dokładając do niego zebranej wcześniej podpałki. Chwilę później w grocie błyskał już wesoły płomień, ogrzewając dwójkę samców będących wewnątrz. Jasnogrzywy położył się, opierając głowę na łapach. Dmuchnął delikatnie w szczelinę między drewnem, aby wzniecić nieco większy ogień po czym, zwinął się w nieduży kłębek wpatrując w tańczące języki płomieni. Widok ognia go uspokajał. Wprowadzał w przyjemną melancholię, z której ciężko było go wyrwać. Mógł zapomnieć o rzeczywistości, wspominać a czas jakby przestawał się liczyć. Chociaż Kisasi nie należał do osób które zwykły spędzać czas bardzo aktywnie, nie lubił go marnował. Zmarnowany czas oznaczało go mniej. A mniej czasu z pewnością nie było dobrym wyjściem. Było to jednak główny czynnik działający na podobieństwo każdego z dni.
Nie miał czasu na rzeczy o których cicho marzył. Niby nie mógł wymagać niczego specjalnego od wędrowniczego życia, na niczyjej ziemi, jednak brakowało mu czegoś. Jego życie pomału zaczynało przypominać żmudną tułaczkę po nicości. Kisasi bowiem nie był typem który lubił nic nie robić. Wręcz przeciwnie. Przywiało go z dalekiego zachodu i liczył, że niebawem wiatr poniesie go gdzieś indziej. Pozostawało mu jedynie czekać.

sobota, 2 lutego 2019

Prolog

...Ból...
Rozdarł jego serce jak błyskawica.
...Krzyk...
Wydobył się z jego pyska, wzywając o pomoc kogokolwiek. Nikt nie przybył.
...Szum...
Dopłynął do jego uszu jak delikatna melodia, tuląc ciało szarego lwa w namiętnym uścisku i pozostawiając jedno...
...Zwątpienie...
czy jego dotychczasowe życie było prawdziwe.
Nie wiedział co się stało. Instynkt kazał mu poddać się nurtowi rzeki. Bezpośrednia walka z żywiołem nie skończyłaby się bowiem nań zwycięstwem. 
Nyuma zamachnął się łapami, drastycznie usiłując złapać choćby najmniejszy haust powietrza. Udało się. Drogocenny tlen wypełnił płuca nastolatka, niosąc chwilowy spokój. Ułamek sekundy później lew musiał jednak na nowo walczyć o choćby najmniejszy wdech. 
Wszystko to obserwował jego ojciec. Mkusani siedział obserwując daremną walkę lwa. Wszystko szło zgodnie z planem. Młodzieniec nie miał szans na dobicie do brzegu, każdy oddech wymagał od niego ogromnego wysiłku, dlatego pisana była mu śmierć. Długa, bolesna śmierć i zapomnienie. Władca królestwa Kujiva parsknął na samą myśl o tym, że imię tego pchlarza oznacza dokładnie to samo. Zapomnienie.
Nyuma dalej nie wiedział co się stało. Był z ojcem na patrolu, kiedy ten nagle go zaatakował i wypchnął w stronę rzeki. Podmokły grunt nie wytrzymał nagłego obciążenia i osunął się wgłąb Samaki. Jej szybki i silny nurt nie pozwalał lwu na chwilę wytchnienia, książę co chwila gwałtownie szarpał się do góry, w celu wzięcia oddechu. Wiedział jednak, że długo tak nie wytrzyma.
Opadł praktycznie z całych sił, jedynie silna wola przytrzymywała go przy życiu. Jednak i ona w tej chwili go zawiodła.
Nyuma odwrócił się i w tym momencie jego drobne ciało uderzyło z impetem o skałę. Przez moment stracił czucie w ciele, w okolicach uszu i opuszkach łap zrobiło mu się gorąco a widok przed oczami pokryła całkowita ciemność.
Nawet szum powoli ucichł, a ostatnim co zdołał zobaczyć były lśniące w ciemności, pełne triumfu i dumy oczy jego ojca.
....Ciemność...
Pochłonęła go całkowicie...
Nie wiem czy ktoś pamięta moje paplaniny o tym, że wrócę z petardą.
Nie? Nie dziwi mnie to. Jakby na to nie patrzeć, trochę czasu minęło... *patrzy w kalendarz i drapie się po głowie*
W każdym bądź razie, oto ta moja petarda. Dość cicho wybuchła, co nie?
Z prostej przyczyny- przestaję pisać dla ludzi, piszę tylko dla siebie. Stwierdziłam, że zbyt długo starałam wymyślić coś co trafiłoby w gusta moje i innych osób z fandomu, zważywszy na to, że jestem po prostu dziwna, więc ruszę po prostu z tą historią, która może być momentami dość kontrowersyjna, jednak ma to tylko i wyłącznie na celu podkreślenie okrutności niektórych wydarzeń.
Nie wiem czy ktoś pamięta na czym miała opierać się fabuła tego bloga, jeżeli nie to odsyłam do zakładki O blogu, jeżeli tak, to gratulacje- macie dobrą pamięć, przy czym zaoszczędziliście dobre pięć minut swojego czasu.
Mam wrażenie, że los tego bloga potoczy się nieco inaczej niż reszty moich historii, bo trzymam go w wersjach roboczych od podajże sierpnia, włożyłam w sam wygląd i niektóre designy wiele roboty, w międzyczasie zdążyłam dobrze przemyśleć i zaplanować zdarzenia no i poniekąd związać się sentymentalnie z bohaterami. Pozostaje jedynie kwestia umiejętnego przelania myśli na papier, z czym jak sami wiecie nie idzie mi zbyt dobrze.
/\
|
Gdyby chciał ktoś promować, to macie tutaj brzydki, bo brzydki, ale zawsze jakiś, baner do wklejenia na własną stronę
Pozdrawiam was bardzo serdecznie, do zobaczenia w następnym rozdziale
~Rosa