Lew przeciągnął się ospale, rozprostowując zdrętwiałe kończyny. Przez jego kręgosłup przeszedł przyjemny dreszcz, na co otrzepał się z lekkim uśmiechem i ziewnął szeroko. Jego wzrok padł na śpiącego nieopodal , pod jedną ze ścian, nastoletniego złotego lwa.
Nie mógł powstrzymać parsknięcia, które mimowolnie wymknęło się z jego pyska gdy ujrzał pogrążonego w głębokim śnie przyjaciela. Kisasi leżał na grzbiecie, jego łapy były porozkładane na kilka stron, a on sam 'strzelił popielniczkę', rozwierając jak szeroko szczęki. Na domiar wszystkiego z jego pyska zwisiał bezwładnie język, a z gardła wydobywało się ciche charczenie.
Kto by pomyślał, że ten aniołek, bo właśnie takie wrażenie wywierał na wielu, potrafi wyglądać gorzej niż zmutowana genetycznie hiena.
Choi kilkoma zwinnym susami opuścił grotę znajdującą się na usypisku i ruszył przez sawanny Ziemi Mtu w stronę rzeki.
Poranek był wielce urokliwy. Słońce znajdowało się już na niebie w odcieniu chłodnego błękitu, wysokie kołyszące się trawy, poprzecinane czerwonymi makami lub innymi kwiatami polnymi dodawały krainie uroku. Źdźbła soczyście zielonej trawy pokryte były rosą, odbijającą promienie posyłające na krainę piękne barwy. Choi lubił to miejsce. Było niczyje, tym samym jego, a trzeba wiedzieć, że owego lwa cechuje ogromna sentymentalność. Kiedyś dokuczała mu samotność, ale kiedy zaczął dzielić życie z Kisasim, nie miał na co narzekać. Mimo że lew jeszcze nie dawno nie dysponował żadnym skrawkiem własnego terenu, nawet małą grotą, nie mógł powiedzieć, że ma swoje miejsce na ziemi. Miejsce gdzie może odpocząć, otoczyć się gronem rodziny i przyjaciół, powoli żyć w dostatku. A teraz? Teraz dysponował ogromnym kawałkiem ziemi, dzieląc jakże wymowne obowiązki ze swoim przyjacielem. Czegóż chcieć więcej?
Zbliżał się do rzeki Mbaya, szum jej wody już docierał do uszu jasnego lwa, a palące gardło pragnienie dawało się we znaki. Przyspieszył zatem kroku. Po niedługim czasie znalazł się przy korycie rzeki. Młody lew schylił się, a następnie musnął językiem taflę krystalicznie czystej wody i odetchnął z rozkoszą. Była zimna i posiadała niesamowicie świeży smak. Zrobił kilka następnych łyków, gasząc pragnienie. Z uśmiechem oblizał kapiące z jego brody krople i zamruczał cicho.
Następne wydarzenia były nań tak absurdalne i niedorzeczne, że lew długo głowił się nad tym, czy po prostu dalej nie śni. Podnosząc bowiem wzrok, napotkał ciało.
Nieduże, szare, lwie ciało.
Należało do nastoletniego lwa, na oko młodszego od Kisasiego o parę miesięcy. Miało na sobie pełno zadrapań wyglądających na pierwszy rzut oka, dość niegroźnie. Lew miał pasiasty ogon i ciemniejsze tylne łapy. Wyglądał na zdrowego i zadbanego. Całe to, że jest tak na prawdę topielcem i nie żyje, wydawało się dla Choia absurdalne. I właśnie takie było.
Poczuł ulgę kiedy dostrzegł, że ciało jest w dobrym stanie, daleko mu jeszcze do pierwszych stopni rozkładu. Gdyby szczątki rozłożyły się w rzece mogłyby ją zanieczyścić. Skarcił się jednak w duchu za takie myślenie i postanowił upewnić się w przekonaniu, że topielec stanowi... topielca.
Jasny lew, przybliżył pysk w stronę klatki piersiowej nieprzytomnego lwa i przyłożył ucho do jego piersi. Jakież zdziwienie ogarnęło go gdy coś usłyszał.
Poranek był wielce urokliwy. Słońce znajdowało się już na niebie w odcieniu chłodnego błękitu, wysokie kołyszące się trawy, poprzecinane czerwonymi makami lub innymi kwiatami polnymi dodawały krainie uroku. Źdźbła soczyście zielonej trawy pokryte były rosą, odbijającą promienie posyłające na krainę piękne barwy. Choi lubił to miejsce. Było niczyje, tym samym jego, a trzeba wiedzieć, że owego lwa cechuje ogromna sentymentalność. Kiedyś dokuczała mu samotność, ale kiedy zaczął dzielić życie z Kisasim, nie miał na co narzekać. Mimo że lew jeszcze nie dawno nie dysponował żadnym skrawkiem własnego terenu, nawet małą grotą, nie mógł powiedzieć, że ma swoje miejsce na ziemi. Miejsce gdzie może odpocząć, otoczyć się gronem rodziny i przyjaciół, powoli żyć w dostatku. A teraz? Teraz dysponował ogromnym kawałkiem ziemi, dzieląc jakże wymowne obowiązki ze swoim przyjacielem. Czegóż chcieć więcej?
Zbliżał się do rzeki Mbaya, szum jej wody już docierał do uszu jasnego lwa, a palące gardło pragnienie dawało się we znaki. Przyspieszył zatem kroku. Po niedługim czasie znalazł się przy korycie rzeki. Młody lew schylił się, a następnie musnął językiem taflę krystalicznie czystej wody i odetchnął z rozkoszą. Była zimna i posiadała niesamowicie świeży smak. Zrobił kilka następnych łyków, gasząc pragnienie. Z uśmiechem oblizał kapiące z jego brody krople i zamruczał cicho.
Następne wydarzenia były nań tak absurdalne i niedorzeczne, że lew długo głowił się nad tym, czy po prostu dalej nie śni. Podnosząc bowiem wzrok, napotkał ciało.
Nieduże, szare, lwie ciało.
Należało do nastoletniego lwa, na oko młodszego od Kisasiego o parę miesięcy. Miało na sobie pełno zadrapań wyglądających na pierwszy rzut oka, dość niegroźnie. Lew miał pasiasty ogon i ciemniejsze tylne łapy. Wyglądał na zdrowego i zadbanego. Całe to, że jest tak na prawdę topielcem i nie żyje, wydawało się dla Choia absurdalne. I właśnie takie było.
Poczuł ulgę kiedy dostrzegł, że ciało jest w dobrym stanie, daleko mu jeszcze do pierwszych stopni rozkładu. Gdyby szczątki rozłożyły się w rzece mogłyby ją zanieczyścić. Skarcił się jednak w duchu za takie myślenie i postanowił upewnić się w przekonaniu, że topielec stanowi... topielca.
Jasny lew, przybliżył pysk w stronę klatki piersiowej nieprzytomnego lwa i przyłożył ucho do jego piersi. Jakież zdziwienie ogarnęło go gdy coś usłyszał.
Bum-bum...
Bum-bum...
Bum-bum...
Miarowe uderzanie dopłynęło do uszu lwa, powodując mętlik w głowie.
Ciemnogrzywy był jeszcze bardziej osłupiały, choć może wydawać się to niemożliwe. Znalazł ciało nad rzeką, a owy lew okazał się być żywym. Choi pokręcił głową powoli. Było to tak dziwne i nie pasujące do jego leniwej rzeczywistości, że musiał szturchnąć kilka razu lwa nosem, żeby upewnić się, czy nie jest to tylko mara.
Do uszu Choia dobiegł cichy szelest trawy. Automatycznie zjeżył sierść na grzbiecie i odwrócił się. Wypuścił głośno powietrze i zacisnął zęby, gdy zobaczył znajomy pysk Kisasiego.
Choi uspokoił oddech i spuścił wzrok kurcząc coś na przywitanie. Kisasi parsknął jak młody źrebak.
-Też się cieszę, że cię widzę- mruknął tylko, z jego charakterystycznym lekko kpiącym uśmieszkiem, obejmując przyjaciela na przywitanie. Kiedy przez bark lwa ujrzał leżące szare ciało natychmiast podskoczył i zjeżył się.-Co to jest!?- zapytał pretensjonalnym tonem. Widząc jednak zmieszanie przyjaciela przeprosił go cichym 'sory'.
-Myślisz, że wiem? Chciałem się napić... Mówiłem, że ostatnio żyje nam się za spokojnie.
-Też się cieszę, że cię widzę- mruknął tylko, z jego charakterystycznym lekko kpiącym uśmieszkiem, obejmując przyjaciela na przywitanie. Kiedy przez bark lwa ujrzał leżące szare ciało natychmiast podskoczył i zjeżył się.-Co to jest!?- zapytał pretensjonalnym tonem. Widząc jednak zmieszanie przyjaciela przeprosił go cichym 'sory'.
-Myślisz, że wiem? Chciałem się napić... Mówiłem, że ostatnio żyje nam się za spokojnie.
Nastoletni lew podszedł tylko bliżej i przyjrzał się uważnie 'znalezisku'. Szturchnął go nosem i zamrugał kilka razy oczekując jakiejkolwiek reakcji. Nic jednak się nie stało. Obszedł szare ciało ostrożnie i chwycił zębami kark lewka, wyciągając go z wody i ciągnąc na brzeg.
Lwy stanęły nad ciałem, w absolutnej ciszy. Oboje badali wzrokiem nieprzytomnego nastolatka, sprawdzając czy nie ma on żadnych groźnie wyglądających ran. Udało im się dostrzec jedynie niegroźne przetarcia na łapach i grzbiecie, lekko pokryte skrzepniętą krwią.
-Żyje on wo...-zaczął Kisasi, gdy obiekt ich porannej rozmowy gwałtownie, szarpnął się do góry, rozwierając szeroko oczy. Zaczął gorączkowo kasłać i rozglądać się, będąc całkowicie skołowaciałym. Jego kaszel był strasznie ciężki, lwiak zaczął pluć krwią i wodą, a z jego oczu wypłynęły pojedyncze łzy.
Kisasi i Choi początkowo stojąc w totalnym osłupieniu wymienili spojrzenia, automatycznie ruszając nowemu na pomoc. Kisasi podtrzymał jego głowę, zaczesując niesforną grzywkę lewka do góry, a Choi zaczął klepać go lekko. Po ciele szarego nastolatka zaczęły tańczyć dreszcze, a sam lwiak niedługo po tym, ponownie padł jak długi na ziemię.
-Ma wysoką gorączkę i ciągłe dreszcze. Strasznie marudzi przez sen. Musi się bać.- Odgarnął z czoła obiektu ciągłej uwagi kilka mokrych od potu kosmyków grzywy i powrócił do układania ogniska. Jasny nastolatek podszedł do przyjaciela podając mu chrust po czym sięgnął do jednej z sakiewek leżących nieopodal wyciągając z niej jakieś zioła na zbicie gorączki i z aprobatą stwierdził, że ich zapasy wystarczą na podzielenie się nimi z chorym równolatkiem Kisasiego.
-Jak się obudzi, podaj mu to. Ja skocze po coś na ząb.- rzucił tylko, ponownie kierując się ku wyjściu z groty. Choi szybkim ruchem nadepnął mu jednak na ogon, sprawiając, że nastolatek zatoczył się.- Co znowu?-spytał poirytowanym tonem.
-Nigdzie nie idziesz. Dość się już dzisiaj namęczyłeś.-wytłumaczył ze stoickim spokojem Choi.- Ostatnio prawie nie śpisz. W dodatku to ty ciągle dla nas polujesz i bierzesz na siebie wszystkie warty.
-Czyżby tatuś się o mnie martwił?-pisnął przesłodzonym głosem. Parsknął śmiechem i objął przyjaciela ramieniem.Choi odwzajemnił uścisk.- Naprawdę muszę mieć powód, żeby wziąć z twoich barków trochę obowiązków? Nic mi nie będzie Choi, naprawdę.
-Mów co chcesz, ja swoje wiesz. Zostajesz z nim, a ja zajmę się resztą- podsumował bez słowa wychodząc. Kisasi westchnął tylko ciężko i odprowadził kumpla wzrokiem. Skierował się w stronę stosu drewna, dokładając do niego zebranej wcześniej podpałki. Chwilę później w grocie błyskał już wesoły płomień, ogrzewając dwójkę samców będących wewnątrz. Jasnogrzywy położył się, opierając głowę na łapach. Dmuchnął delikatnie w szczelinę między drewnem, aby wzniecić nieco większy ogień po czym, zwinął się w nieduży kłębek wpatrując w tańczące języki płomieni. Widok ognia go uspokajał. Wprowadzał w przyjemną melancholię, z której ciężko było go wyrwać. Mógł zapomnieć o rzeczywistości, wspominać a czas jakby przestawał się liczyć. Chociaż Kisasi nie należał do osób które zwykły spędzać czas bardzo aktywnie, nie lubił go marnował. Zmarnowany czas oznaczało go mniej. A mniej czasu z pewnością nie było dobrym wyjściem. Było to jednak główny czynnik działający na podobieństwo każdego z dni.
Nie miał czasu na rzeczy o których cicho marzył. Niby nie mógł wymagać niczego specjalnego od wędrowniczego życia, na niczyjej ziemi, jednak brakowało mu czegoś. Jego życie pomału zaczynało przypominać żmudną tułaczkę po nicości. Kisasi bowiem nie był typem który lubił nic nie robić. Wręcz przeciwnie. Przywiało go z dalekiego zachodu i liczył, że niebawem wiatr poniesie go gdzieś indziej. Pozostawało mu jedynie czekać.
Lwy stanęły nad ciałem, w absolutnej ciszy. Oboje badali wzrokiem nieprzytomnego nastolatka, sprawdzając czy nie ma on żadnych groźnie wyglądających ran. Udało im się dostrzec jedynie niegroźne przetarcia na łapach i grzbiecie, lekko pokryte skrzepniętą krwią.
-Żyje on wo...-zaczął Kisasi, gdy obiekt ich porannej rozmowy gwałtownie, szarpnął się do góry, rozwierając szeroko oczy. Zaczął gorączkowo kasłać i rozglądać się, będąc całkowicie skołowaciałym. Jego kaszel był strasznie ciężki, lwiak zaczął pluć krwią i wodą, a z jego oczu wypłynęły pojedyncze łzy.
Kisasi i Choi początkowo stojąc w totalnym osłupieniu wymienili spojrzenia, automatycznie ruszając nowemu na pomoc. Kisasi podtrzymał jego głowę, zaczesując niesforną grzywkę lewka do góry, a Choi zaczął klepać go lekko. Po ciele szarego nastolatka zaczęły tańczyć dreszcze, a sam lwiak niedługo po tym, ponownie padł jak długi na ziemię.
~*~
-I co z nim?- Rzucił Kisasi, niosąc w pysku kilka cienkich gałązek idealnych na podpałkę. Choi wzruszył ramionami. Po chwili jednak westchnął głęboko.-Ma wysoką gorączkę i ciągłe dreszcze. Strasznie marudzi przez sen. Musi się bać.- Odgarnął z czoła obiektu ciągłej uwagi kilka mokrych od potu kosmyków grzywy i powrócił do układania ogniska. Jasny nastolatek podszedł do przyjaciela podając mu chrust po czym sięgnął do jednej z sakiewek leżących nieopodal wyciągając z niej jakieś zioła na zbicie gorączki i z aprobatą stwierdził, że ich zapasy wystarczą na podzielenie się nimi z chorym równolatkiem Kisasiego.
-Jak się obudzi, podaj mu to. Ja skocze po coś na ząb.- rzucił tylko, ponownie kierując się ku wyjściu z groty. Choi szybkim ruchem nadepnął mu jednak na ogon, sprawiając, że nastolatek zatoczył się.- Co znowu?-spytał poirytowanym tonem.
-Nigdzie nie idziesz. Dość się już dzisiaj namęczyłeś.-wytłumaczył ze stoickim spokojem Choi.- Ostatnio prawie nie śpisz. W dodatku to ty ciągle dla nas polujesz i bierzesz na siebie wszystkie warty.
-Czyżby tatuś się o mnie martwił?-pisnął przesłodzonym głosem. Parsknął śmiechem i objął przyjaciela ramieniem.Choi odwzajemnił uścisk.- Naprawdę muszę mieć powód, żeby wziąć z twoich barków trochę obowiązków? Nic mi nie będzie Choi, naprawdę.
-Mów co chcesz, ja swoje wiesz. Zostajesz z nim, a ja zajmę się resztą- podsumował bez słowa wychodząc. Kisasi westchnął tylko ciężko i odprowadził kumpla wzrokiem. Skierował się w stronę stosu drewna, dokładając do niego zebranej wcześniej podpałki. Chwilę później w grocie błyskał już wesoły płomień, ogrzewając dwójkę samców będących wewnątrz. Jasnogrzywy położył się, opierając głowę na łapach. Dmuchnął delikatnie w szczelinę między drewnem, aby wzniecić nieco większy ogień po czym, zwinął się w nieduży kłębek wpatrując w tańczące języki płomieni. Widok ognia go uspokajał. Wprowadzał w przyjemną melancholię, z której ciężko było go wyrwać. Mógł zapomnieć o rzeczywistości, wspominać a czas jakby przestawał się liczyć. Chociaż Kisasi nie należał do osób które zwykły spędzać czas bardzo aktywnie, nie lubił go marnował. Zmarnowany czas oznaczało go mniej. A mniej czasu z pewnością nie było dobrym wyjściem. Było to jednak główny czynnik działający na podobieństwo każdego z dni.
Nie miał czasu na rzeczy o których cicho marzył. Niby nie mógł wymagać niczego specjalnego od wędrowniczego życia, na niczyjej ziemi, jednak brakowało mu czegoś. Jego życie pomału zaczynało przypominać żmudną tułaczkę po nicości. Kisasi bowiem nie był typem który lubił nic nie robić. Wręcz przeciwnie. Przywiało go z dalekiego zachodu i liczył, że niebawem wiatr poniesie go gdzieś indziej. Pozostawało mu jedynie czekać.